WYDANIE NR 34
z dnia 26 lutego 2016r.
W numerze:
Mikołaj Patryk Dostojewski, Car Brodii: "Poczuliśmy się pokrzywdzeni"
Publikacja opowiadanie Macieja Kamińskiego, zwycięzcy II edycji Konkursu Ministerialnego "Najlepszy Pisarz Bialenii" - "Historia kubika Halabeusza"
Specjalnie dla "wBialenii": Artykuł Daniela von Witta o wynikach bialeńczyków i Bialenii w "Barometrze Przywództwa"
Wybór numeru


Mikołaj Patryk Dostojewski, Car Brodii: "Poczuliśmy się pokrzywdzeni"
Pragnę serdecznie powitać Cara Brodrii, członka Wspólnoty Rozwoju - Mikołaja Patryka Dostojewskiego. Dzień dobry!
Witam Pana Redaktora i Czytelników!
 
Jak ocenia Pan obecną sytuację Carstwa Brodryjskiego? Czy udało się zażegnać wewnętrzne konflikty na tle rodzinnym? Jaki jest stosunek Brodrii do Bialenii?
 
Uważam, że sytuacja Brodrii w porównaniu z poprzednimi miesiącami jest dobra, choć mogłaby być lepsza. Da się zaobserwować u nas powolny, postępujący wzrost aktywności. Uważam, że możemy zrobić z Brodrii najaktywniejszy kraj w regionie, bo mamy potencjał. Potrzeba do tego jednak pracy. Jeżeli chodzi o konflikty rodzinne - nie zażegnaliśmy ich jeszcze całkowicie, ale panuje już w dynastii względna zgoda. Wierzę, że wszelakie kłótnie i antagonizmy odejdą na bok, gdy tylko zaangażujemy się w budowę tego wielkiego dzieła jakim jest Brodria, bo nic tak nie jednoczy jak wspólny cel. Natomiast stosunek Brodrii do Bialenii jest generalnie pozytywny. Brodria bardzo wiele Bialenii zawdzięcza - bezpieczne schronienie, stabilność i dużą część obywateli.
 
Skoro Brodria szanuje Bialenię, a Bialenia Brodrię, to skąd te pretensje władców Brodrii i Hasselandu do niektórych mieszkańców Republiki? Czy odezwa Prezydenta Wettina zakończyła konflikt?
 
My, jako władcy państw stowarzyszonych poczuliśmy się pokrzywdzeni faktem nieumieszczenia Brodrii i Hasselandu na liście państw uznawanych przez Republikę Bialeńską. Nie nazwałbym tego jednak "konfliktem", a bardziej nieporozumieniem. Odezwa Prezydenta Wettina potwierdziła ogólne stanowisko Bialenii wobec państw stowarzyszonych, które jest jak najbardziej zgodne z traktatem. Zgadzam się także z prezentowanymi przez Prezydenta pozostałymi postulatami. Ciągle oczekuję jednak na wprowadzenie poprawki do listy państw uznawanych, która potwierdziłaby słowa Prezydenta Wettina o tym, że "Carstwo Brodryjskie i Królestwo Hasselandu są dalej państwami (...)".
 
Można rzec, że nieporozumienie zażegnano, ale Minister Spraw Zagranicznych Maciej Kamiński nie przeprosił, a to on był bezpośrednio odpowiedzialny za spis uznawanych państw.
 
Moim zdaniem Minister Kamiński wcale nie musi przepraszać, bo jak wiadomo miał on uzasadnienie swoich działań w Konstytucji (które, jak się później okazało było niesłuszne). Powinien jednak dokonać koniecznych poprawek w raporcie.
 
Czy Brodria jest dobrze przygotowana do Mundialu?
 
Gdyby Mundial miał się odbyć jutro, stwierdziłbym, że Brodria jest słabo przygotowana. Obecnie trwają jednak intensywne prace w ramach Komitetu Organizacyjnego v-mundialu i jestem pewien, że w momencie rozpoczęcia mistrzostw będziemy bardzo dobrze przygotowani na przywitanie piłkarzy i kibiców z całego mikroświata.
 
W wywiadzie dla naszej gazety Eddard Noqtern stwierdził, że rozmawiał z Panem ws. sytuacji w Abachazji i uspokoił go Pan w tej kwestii. Co dzieje się teraz w Abachazji, czy może Pan nam przybliżyć jej obecny stan?
 
Niedawno abdykował Cesarz Tomasz I Bagrat i przekazał władzę swojemu synowi, Jakubowi Wereszczyńskiemu. Ten był jednak od dłuższego czasu nieaktywny i nie zjawił się by odebrać koronę, co spowodowało kilkudniową, drobną destabilizację sytuacji w Abachazji. Ostatecznie cesarzem został drugi syn Tomasza - Konstanty. Obecnie sytuacja w Abachazji jest stabilna i nie trzeba się martwić.
 
Czy popiera Pan obecne działania Rządu i Prezydenta, czy jest Pan zadowolony z obecnej sytuacji w kraju?
 
Tak, uważam że Rząd i Prezydent ciągle pracują dla dobra Bialenii. Jestem też zadowolony w sytuacji w kraju. Nie popieram niektórych obywateli przepowiadających rozpad czy upadek Republiki Bialeńskiej - z optymizmem patrzę w przyszłość. Bardzo dużą szansą dla nas jest nadchodzący Mundial. Jeżeli naprawdę mocno się przyłożymy i dobrze zorganizujemy to wydarzenie, wówczas może to skutkować zastrzykiem nowych mieszkańców. Wiem coś o tym, ponieważ sam uczestniczyłem w regatach i do niektórych krajów mnie trochę "ciągnęło".
 
Ale chyba zauważa Pan powolny, a wręcz zerowy, przyrost liczby przybyszów do państwa... Jak temu zaradzić?
 
Oczywiście, zauważyłem to. Jak już mówiłem, w rozwiązaniu problemu braku nowych mieszkańców skuteczny może okazać się Mundial. Musimy bardzo solidnie się do niego przygotować. Im więcej atrakcji i wydarzeń dodatkowych zorganizujemy podczas mistrzostw, tym większa szansa że goście zagraniczni będą świetnie się bawić, spodoba im się tutaj i któryś z nich zostanie. Oczywiście trzeba promować Mundial za granicą, by jak najwięcej gości mogło skorzystać z przygotowanej dla kibiców infrastruktury. Możemy także rozważyć zorganizowanie jakiegoś innego wydarzenia kulturalnego na ogólnomikronacyjną skalę, najlepiej tak na kilka tygodni po mundialu. Ogólnie uważam, że nie grozi nam prędko upadek z powodu braku nowych obywateli, ponieważ nie mamy dwóch miesięcy. Za to możemy poprawić sytuację i zyskać nowych obywateli.
 
Tak jak wspomniałem na początku naszej rozmowy, jest Pan członkiem Wspólnoty Rozwoju. Myśli Pan, że jest dobrze zarządzana, że funkcjonuje tak jak przystało na najsilniejszą partię polityczną w Bialenii?
 
Myślę, że jest dobrze zarządzana. Sporym problemem jest jednak aktywność partii. Na taki stan złożyło się kilka czynników: przenosiny, przygotowania do Mundialu, brak konkurencji międzypartyjnej. Uważam, że dobre dla Wspólnoty byłoby zwołanie Kongresu, który zaktywizowałby Wspólnotę i przywrócił jej rolę jako wiodącej i najaktywniejszej partii w kraju.
 
Co Pan sądzi o artykule Wergiliusza Postawnego, opublikowanym w wydaniu nr 32 naszej gazety? Czy zgadza się Pan z tym, że Republika uniemożliwia nowym obywatelom "dobry start" i że nasze procedury utrudniają zdobycie obywatelstwa?
 
Przy ocenie wypowiedzi i postawy Wergiliusza trzeba wziąć pod uwagę jego działalność w Bialenii. Cała jego barwna wypowiedź pełna porównań i epitetów jest niczym innym jak narzekaniem na system prawny w Bialenii, który mu się nie spodobał. Nie zgadzam się także z tym, że Bialenia uniemożliwia nowym mieszkańcom start. Procedura obywatelstwa tymczasowego i stałego pozwala oddzielić potencjalnych dobrych obywateli od sezonowców, trolii i innych tego pokroju.
 
A Pan, jak mniemam, zalicza Wergiliusza Postawnego do grupy "troli"?
 
Owszem - jego zachowanie nosi znamiona trollingu, stwierdzi to każdy, kto porówna działalność Wergiliusza z definicją słowa trolling. Nie chciał się podporządkować panującym tu zasadom które liczni obywatele tworzyli przez długie miesiące i na siłę próbował je zmienić, mieszając z błotem połowę Bialeńczyków przy okazji. Co do nowych mieszkańców obowiązuje zasada "dostosuj się do naszych warunków albo opuść nasz kraj". Wergiliusz nie chciał się dostosować, więc nie mógł u nas zrobić kariery.
 
A może ta zasada, o której Pan wspomniał, jest niepoprawna, może nowy obywatel powinien tak wpływać na państwo, aby je minimalnie zmieniać na lepsze?
 
Owszem, demokratyczny ustrój Bialenii zakłada wpływ obywateli na państwo. Jednak ktoś kto przybędzie do nas i zechce nabyć obywatelstwo, musi zaakceptować nasze zasady i warunki lub zrezygnować z Bialenii. Jeżeli je zaakceptuje i dostanie stałe obywatelstwo, dopiero wówczas może starać się zmieniać państwo (oczywiście w granicach kultury i dobrego zachowania, bez żadnych flejmów).
 
Dziękuję za wywiad. Może Pan powiedzieć coś Czytelnikom lub wybranej osobie.
 
Drodzy Czytelnicy, angażujcie się na miarę swoich możliwości w bieżące sprawy, wydarzenia a przede wszystkim w swoją małą v-ojczyznę. Nie ma bowiem dla mikronacji gorszego losu niż ustanie aktywności. Nie sposób też ofiarować jej lepszego daru niż aktywne działanie.


Publikacja opowiadanie Macieja Kamińskiego, zwycięzcy II edycji Konkursu Ministerialnego "Najlepszy Pisarz Bialenii" - "Historia kubika Halabeusza"
Moja smutna egzystencja rozpoczęła się, gdy w jednym z okresów godowych moja matka, Gawasura, spotkała po raz pierwszy i ostatni mojego ojca. Wedle opowiadań mej rodzicielki, był to dość lichy kubiłaj, ale przyjęła go, gdyż jako jedyny się nią zainteresował. Nic w tym dziwnego, miała wtedy mniej niż dwa lata. Była to jej pierwsza ruja, a wnioskując po zachowaniu samca, uznawała, że również i dla niego były to pierwsze w życiu gody. Starsze samice w stadzie wyśmiewały się z młodej Gawity, ta jednak jako jedyna w tej rui zaszła w ciążę. Spowodowało to dość sporą agresję wśród bardziej wiekowych klaczy, co zmusiło matkę do opuszczenia swego dotychczasowego terytorium. Galopowała, ile sił w chudych, kubikowych nogach, a leciały za nią kamienie. Żaden z nich nie trafił, gdyż na szczęście nasz gatunek charakteryzuje się brakiem palców, co przekłada się na poważnie ograniczone możliwości celowania przy rzucie (wykonywanym pyskiem).
Potem mą rodzicielkę spotkało jeszcze wiele nieszczęść. Z jakiegoś powodu wszystkie napotkane przez nią drapieżniki celowały w brzuch, i nawet nie starały się jej śmiertelnie zranić, a jedynie uszkodzić dziecię, które nosiła pod swymi pręgami. Tak, świat nienawidził mnie jeszcze zanim się narodziłem. Ostatecznie, okazałem się wcześniakiem. W dwunastym miesiącu ciąży matka nieopatrznie przystanęła na terytorium należącym do ćpunki. Upojona kapimiętką gospodyni wymierzyła jej potężnego kopniaka. I tylko zgadnijcie, w którą część ciała trafiła?
I tak oto przyszedłem na świat, dwa miesiące przed czasem. Gawasurę jednak to ucieszyło, gdyż wreszcie nie była sama. Niestety, przedwczesne narodziny, wywołane brutalnością okrutnej rzeczywistości, musiały odbić się na mojej kondycji. Przez pierwszych kilka dni nie byłem w stanie chodzić, rodzicielka nosiła mnie w pyszczku. Ponadto, mój język nie jest długim, niebieskim jęzorem kubiłaja, lecz krótkim, zielonym, bezużytecznym organem. Po dziś dzień oczy i uszy muszę czyszczone przez matkę, co jest dopełnieniem całej kolekcji powodów, dla których moja egzystencja jest marna.
Po pożywne pąki drzew muszę się wspinać. Wykrzywione siłą uderzenia naćpanej klaczy nogi mego osobnika znajdują tu zastosowanie. Niestety, prowadzi to do nowych problemów. Gigantyczne kuny, z którymi normalnie nasz gatunek nie ma problemów, gdyż się z nimi nie styka, mają mnie na widelcu. Moim jedynym ratunkiem przy spotkaniu z nimi jest zeskoczenie na ziemię, co kończy się zawsze co najmniej zwichnięciem czegoś. Matka zawsze musi mi potem regulować stawy, co łamie jej serce, gdyż żal jej być przyczyną bolesnych jęków tej jej niedorajdy. Chciałaby dla mnie jak najlepiej, ale nie może nic poradzić.
Jest coś, co dobiłoby biedną Gawitę do reszty, gdyby się tego dowiedziała. Chce oddać swojego małego Habcia pod opiekę jakiejś czułej, zaradnej, młodej klaczy. Zakładając nawet, że jakaś zechciałaby taką nędzną podróbkę kubiłaja, jak ja, trzymać przy sobie jak własne dziecko, miast odprawić po porze godowej, jak normalnego, silnego samca, to pogłębiłoby tylko depresję, w której bezustannie się znajduję. Otóż, nie potrafię pokochać kubiłajki. Swoimi uczuciami obdarzyłem bowiem inny byt, a nadzieja na zdobycie jego serca to jedyne, co powstrzymuje mnie od rzucenia się w przepaść.
Jest to jedyny…
Wyjątkowy…
Cudowny…
Wspaniały…
Doskonały…
Pułkownik Iversen. Tak, wiem, to dość dziwne, że kubiłaj zakochał się w człowieku. Ale mnie nie obchodzi, ile chromosomów nas dzieli – kocham duszę, nie ciało. A duszę ma przecież każdy z nas. Widziałem go kilka razy, jak mknął samochodem Marii von Primisz przez górskie łąki Jahołdajewszczyzny, mój dom. Jego mundur, pełen dziur po pociskach wrogów, renegatów i sabotażystów, jego silna ręka, trzymająca torbę z tajnymi depeszami, i jego długie loki, wijące się niczym żmije zygzakowate poszukujące ofiary, to coś magicznego, co już przy pierwszym ujrzeniu omal nie przyprawiło mojego małego, biednego serca o zawał. Od tego momentu wiedziałem, że już nigdy nie będę w stanie myśleć o nikim innym. Pułkownik to mój senpai. Ja zaś mam nadzieję, że kiedyś mnie dostrzeże. Choć z każdym dniem tracę ją coraz bardziej. Teraz, gdy opuścił ojczystą ziemię i przeprowadził się za morza, tylko cud mógłby mnie wybawić od spędzenia życia wyłącznie na cierpieniu z tęsknoty.
Ukończyłem w tym roku dwa lata. Nadszedł czas na moją pierwszą ruję. Myślałem nad tym, żeby z wysokich traw zrobić atrapę kubiłajki. Matka byłaby przeszczęśliwa, obserwując, jak z nią kopuluję. Z powodu swojego słabnącego wzroku (efekt jednej z wielu smutnych historii jej życia) nie dostrzegłaby oszustwa. Po krótkim dumaniu nad tą sprawą doszedłem jednak do wniosku, że na dłuższą metę nie ma szans, żeby to podziałało. W końcu kiedyś poprosi mnie, żebym przyprowadził swoją wybrankę na kolację. Z tak bliska bez wątpienia wykryje podstęp. Zrezygnowany skierowałem się w kierunku łąki, gdzie zbierały się już kubiłaje w każdym wieku. Gdy zbliżyłem się do niej odpowiednio, usłyszałem dzikie ryki i piski. Zapewne to pary, które zdążyły się dobrać, cieszyły się szczęściem. Już miałem rozpłakać się nad swoim nieszczęściem, gdy dotarło do mnie, że w tych odgłosach jest coś niecodziennego, jak na ich spekulowane przeze mnie źródło. Nadstawiłem swoich nieco przykrótkich uszu, by zlokalizować źródło tych dźwięków. Było ono dosyć daleko, na granicy terytorium mojej matki. Nie powinienem się tam zapuszczać, gdyż jest to ścieżka migracji rozrodczej samców, jednak coś mnie tknęło, by zaryzykować i dać się ponieść ciekawości. W połowie drogi zdałem sobie sprawę, że pokierowała mnie moja intuicja. Z każdym krokiem coraz jaśniej do mnie docierało, co jest źródłem tych dźwięków, a wraz z tym przekonaniem rosło też moje tempo. Powtarzałem sobie, że to niemożliwe, że moje wadliwe bębenki na pewno robią mnie w bambuko… Az dotarłem na miejsce. To, co ujrzałem, zmroziło mi krew w żyłach.
To był mój pułkownik, atakowany przez dzikie rosomaki. Na swoim potężnym ciele miał wiele ran, a jego wspaniały mundur był w strzępach. Szybko rozważyłem, co muszę zrobić. To prawdopodobnie jedyna szansa, bym wreszcie mógł być szczęśliwy, i nie mogę jej zmarnować. Muszę ocalić pułkownika, choćbym miał oddać własne życie. Za trzy sekundy blisko niego mogę dać się rozszarpać. Rozszarpać… rozszarpać… rozszarpać…?
W jednej chwili przypomniałem sobie słowa matki o tym, jak bronić się przed tymi bestiami. Pięta achillesową rosomaków jest ich największa zaleta – potężny zmysł węchu. Znakomicie sprawdza się w tropieniu, jednak bardzo słabo radzi sobie z wysokimi stężeniami. By odstraszyć rosomaka, wystarczy, że splunę na niego – kubiłajowe feromony w ślinie załatwią resztę.
Tutaj jednak było ich całe stado. Poważnie wątpiłem w możliwość unieszkodliwienia przez jednego, marnego kubika z krzywymi nogami, to jest, mnie, aż tylu naraz. Jeżeli mi się nie uda, to każdy nietrafiony rzuci się na mnie i rozerwie na strzępy. Zaraz jednak zganiłem siebie za takie myślenie. W końcu, tu na strzępy rozrywany jest jedyny powód, dla którego jeszcze się nie zabiłem. Jeśli pozwolę mu tu umrzeć, to bez znaczenia, że mnie zeżrą – w końcu, i tak bym po tym wszystkim targnął się na własne życie.
Zebrałem się w sobie i zacząłem wykonywać gardłem tak dynamiczne ruchy, jak nigdy dotąd. Zebrałem charch i przepchnąłem go całą mocą swego języka przez wargi, zalewając rosomaki deszczem, jakiego żaden kubiłaj jeszcze nie wytworzył. Wszystkie uciekły w popłochu. Byłem z siebie dumny. Po raz pierwszy w życiu.
Na ziemię jednak sprowadziły mnie jęki pułkownika. Wszystko go najwyraźniej bolało. Nic dziwnego. Kły i pazury tych potworów wbiły mu się niemal wszędzie. Stracił mnóstwo krwi. Powinienem być subtelniejszy z tym, ale emocje wzięły górę. Bez głębszego namysłu, wykrzyczałem głośno:
- Pułkowniku! Kocham Cię! Kocham Cię całym moim kubiłajowym sercem!
Iversen słysząc to, w swoim potwornym bólu był w stanie zdobyć się na uśmiech. Zaczął szeptać odpowiedź:
- Moje serce… należy do…
- Tak? Tak?! – darłem się.
Iversen słabł z każdą sekundą, przez co pękłem. Choć chciałem dodać mu potrzebnej siły, nie mogłem już dłużej utrzymać łez. Zalałem się nimi niczym mały źrebak. Pułkownik szeptał tak cicho, że nawet moje kubiłajowe uszy nie były w stanie wyłapać jego słodkiego głosu. Starałem się czytać z ruchu warg, ale mokre oczy skutecznie mi to utrudniały. Wyłapywałem jedynie pojedyncze głoski: „i… a… h… e… a…”. Czy to możliwe? Czy on… On powiedział…
… że jego serce należy do… kubiłaja Halabeusza.
Ponownie emocje wzięły nade mną górę. Nie mogłem się powstrzymać. Zrobiłem jedyne, co mogłem. Zacząłem go całować. Mój język zetknął się z każdym centymetrem jego wspaniałego ciała. Każda krwawiąca rana została oczyszczona. Mój marny język świetnie manewrował na tych małych powierzchniach. Wreszcie poczułem się jak prawdziwy kubiłaj. A to wszystko dzięki mojemu senapiowi. Mojemu pułkownikowi.
Biedak jednak gasł na moich oczach. Wziąłem na swój grzbiet to boskie ciało. Ile sił pogalopowałem do świętych gór Jersuwa. Odnalazłem zarośniętą krzewami jaskinię. Tak, jak w przepowiedniach Tego Guza, to w tym miejscu życia mogą być ocalone przez miłość. Ułożyłem pułkownika wygodnie, i przykryłem jego członki rozrzuconym po okolicy gruzem. Bez munduru może być mu zimno, więc taka kołdra z pewnością się przyda.
Od tego dnia wracam codziennie do groty. Wreszcie mam z kim dzielić się swoimi rozterkami i przemyśleniami. Pułkownik zawsze uważnie słucha, niezmiennie ze swoim drobnym uśmiechem, który dodaje mi pewności siebie. Spędzam tu do ośmiu godzin dziennie. Na koniec zawsze uprawiamy czułą miłość. Żałuję jedynie, że Iversen nigdy nie udziela mi odpowiedzi. Przypuszczam jednak, że bogowie jako ofiarę wzięli jego głos. Energia płynąca z tego perlistego, delikatnego brzmienia zapewne dodaje im mocy, by przywracać go do zdrowia. Ja czekam. Kiedyś pułkownik się przebudzi. I wtedy osiągnę pełnię szczęścia.
Maciej Kamiński


Specjalnie dla "wBialenii": Artykuł Daniela von Witta o wynikach bialeńczyków i Bialenii w "Barometrze Przywództwa"
Fundacja Eskalacji Mikronacjonalizmu Inferno w ostatnich kilku tygodniach przeprowadziła drugą edycję programu Barometr Przywództwa. Program, który opiera się o ideę wyróżnienia wybitnych osobistości, mężów stanu, autorytetów i wielkich przywódców Mikroświata, w roku bieżącym cieszył się dużą popularnością. Wzięło w nim udział 37 osób z 15 państw wirtualnych. Oddali oni łącznie 183 głosy na 57 osób z 21 państw wirtualnych, w tym również na przedstawicieli państw zrzeszonych wokół Republiki Bialeńskiej. Z tego kręgu napłynęło łącznie 6 ankiet (3 z Bialenii, 2 z Brodrii i 1 z Hasselandu). Klasyfikację państw wygrało Księstwo Sarmacji. Stamtąd też pochodziła zwyciężczyni, największy przywódca Mikroświata zdaniem ankietowanych, czyli słynna Karolina von Lichtenstein. Jak w tym badaniu wypadły kraje spod adresu spolecznosc.bialenia.org.pl?
Na samym początku warto wspomnieć, że podczas pierwszej edycji Barometru Przywództwa, która miała miejsce dwa lata temu, Republika Bialeńska była państwem młodym i słabo zauważalnym w Mikroświecie. Miało to bezpośrednie przełożenie na jej wynik. Republika w klasyfikacji państw znalazła się na szesnastym miejscu, natomiast jedyny jej przedstawiciel: Abdullah Aykm nie wszedł do pierwszej dwudziestki wyróżnionych i zwycięzców. Lepiej poradził sobie natomiast Hasseland, który wylądował na szóstym miejscu, a jego ówczesny władca Piotr Paweł znalazł się na miejscu drugim. W tym roku sytuacja była zupełnie inna. Republika Bialeńska znalazła się na trzecim miejscu w klasyfikacji państw. Prawie tak samo dobrze jak dwa lata wcześniej wypadło Królestwo Hasselandu, zajmując siódme miejsce. Wisienką na torcie okazało się Carstwo Brodryjskie, które zajęło dwunaste miejsce. Także klasyfikacja przywódców obfitowała w nazwiska znane z Bialenii, Hasselandu i Brodrii. W klasyfikacji przywódców według sumy wskazań Andrzej Swarzewski (Bialenia) zajął trzecie miejsce, Maciej Kamiński (Bialenia) zajął ósme miejsce, Heinrich Hewret Wettin (Bialeni) zajął miejsce czternaste, Aleksandra Swarzewska-Dostojewska (Brodria), Eddard Noqtern (Hasseland) i Piotr Paweł (Hasseland) miejsce dziewiętnaste, zaś Mikołaj Patryk Dostojewski (Brodria) miejsce dwudzieste czwarte. Oprócz osób sklasyfikowanych w ankietach wymieniani byli także: Konstanty Jerzy Michalski (Bialenia), Frederick Hufflepuff (Bialenia) i Iwan Pietrow Dostojewski (Hasseland). Podobne nagromadzenie nazwisk w BP wystąpiło tylko w Księstwie Sarmacji i Królestwie Baridasu. Czym spowodowany jest taki sukces bialeńsko-hasselandzkiego kręgu kulturowego?
Republika Bialeńska w bardzo szybkim tempie zyskała wielu młodych mikronautów, stając się trzecią potęgą Mikroświata pod względem liczby ludności. Na swoim poletku stworzyła bardzo aktywne, a zarazem swobodne miejsce do życia, a podłapując pomysł zrzeszeń państw, który realizowano od wielu lat w innych częściach świata (Wirtuazja, Morenika, Vaarland) stała się, jak pisał w Kurierze Andrzej Swarzewski, wrotami do Nordaty, imperium na jej skraju, przez które przewija się większość nordackich wędrowców, a na które patrzą wszystkie tamtejsze państwa. Nie tylko zresztą tamtejsze. Bialenia jako aktywny gracz na scenie międzynarodowej jest śledzona w innych stolicach i mówię to również z własnego doświadczenia jako były Premier Dreamlandu i aktualny Majordom Elderlandu. W rachubach ruchów nie można nie brać jej pod uwagę. Postacie Macieja Kamińskiego, Andrzeja Swarzewskiego, Konstantego Jerzego Michalskiego czy króla Eddarda Noqterna są bardzo aktywne w innych krajach, dzięki czemu bardzo wiele głosów na obywateli trój-państwa (jak mówi się w samej Bialenii na trzy kraje z Bialenią na czele) spływało z państw trzecich i w większości były to wysokie noty. Wszystko to świadczy o tym, że wkład pracy w państwo, "gdzie trawa jest zieleńsza", zdecydowanie zaprocentował i tego życzę wszystkim, którzy w dalszym ciągu ten wkład w Republikę wnoszą.
(-) Daniel von Witt